Wśród drużyn, które od 7 maja czekały na uchwałę Zarządu Śląskiego Związku Piłki Nożnej, żeby już oficjalnie świętować awans do IV ligi, była Iskra Pszczyna. Podopieczni Janusza Iłczyka w 15 meczach rundy jesiennej zdobyli 37 punktów, za 12 zwycięstw i 1 remis, a 2 razy zeszli z boiska pokonani To był najbardziej niezwykły sezon w historii naszego klubu - mówi prezes Iskry Andrzej Puchała

#73DniBezFutbolu_ZostańWDomu

- To był najbardziej niezwykły sezon w historii naszego klubu - mówi prezes Iskry Andrzej Puchała. - Zacznę od tego, że trenowaliśmy i graliśmy na boisku w Łące, bo nasz obiekt jest w remoncie. Ponadto przed sezonem przyszedł do nas nowy trener Janusz Iłczyk. Przysłał CV i zdecydowaliśmy się na jego ofertę, ale wątpliwości było sporo. Zastanawialiśmy się czy znajdzie wspólny język z zespołem i jak sobie poradzi na zupełnie nowym dla siebie terenie, bo to zabrzanin, pracujący jako nauczyciel wuefu w zabrzańskiej szkole i mający doświadczenie trenerskie zdobyte w innych regionach. Ostatnio był w Cyklonie Rogoźnik więc tysko-bielska okręgówka stanowiła dla niego czystą kartę. Nie byliśmy pewni jak sobie poradzimy w tej nowej także dla nas rywalizacji z zespołami z Podokręgu Bielsko-Biała, a w dodatku przystępowaliśmy do rozgrywek w odmłodzonym i przemeblowanym składzie.


- W szatni szybko trener znalazł wspólny język z zawodnikami i drużyna zaskoczyła nas dobrymi wynikami, ale przed czwartym spotkaniem wstrząsnęła nami śmierć Mateusza Witka - dodaje Andrzej Puchała. - Nasz zawodnik zginął w dniu, w którym mieliśmy grać z LKS-em Bestwina. Poprosiliśmy o przełożenie tego meczu, bo ta tragedia nas przytłoczyła. Rywale, którzy jak się okazuje, zajęli drugie miejsce w tabeli ze stratą 2 punktów, wyrazili zgodę na zmianę terminu, a my bardzo powoli wracaliśmy do równowagi. Świadczy o tym porażka 2:3 z LKS-em Wisła Wielka poniesiona dzień po pogrzebie Mateusza i druga przegrana tydzień później z Czarnymi Jaworze 1:2. Co prawda pomiędzy nimi wygraliśmy zaległy mecz z początku sezonu z Piastem Bieruń Nowy, ale widać było, że jesteśmy rozbici. Wszystko zmieniło się nagle w trakcie meczu z Rekordem II. Po 12 minutach meczu w Bielsku-Białej przegrywaliśmy 0:2, ale Michał Prusek i Tomasz Zawadzki strzelili jeszcze w pierwszej połowie po 2 gole i wygraliśmy 4:2. Po tym meczu przyszło zaległe spotkanie z LKS-em Bestwina. Dzięki trafieniu Kamila Kułagowskiego wygraliśmy 1:0, ale straciliśmy kapitana. Mateusz Żelazo zerwał więzadło i znowu przyszedł trudny czas. Przeszliśmy przez niego remisując 2:2 z MKS-em Lędziny, który do 77 minuty prowadził 2:0, a tydzień później nadenerwowaliśmy się na meczu z MRKS II Czechowice-Dziedzice. Tym razem to my po 10 minutach prowadziliśmy 2:0, a na przerwę schodziliśmy prowadząc 3:1, ale w drugiej połowie zmarnowane okazje bramkowe zemściły się na nas. Czechowiczanie doprowadzili w 84 minucie do wyrównania i dopiero gol Michała Pruska w doliczonym czasie gry dał nam wygraną 4:3. To był przełom, bo w następnych 5 meczach zdobyliśmy 15 punktów, a bilans bramkowy 17:0 najlepiej świadczy o naszej formie.

Kamil KURPIAS: Jeżeli chodzi o Lockdown.
Nie ma paniki, jak w Polsce, z maskami
nie ma łapanek i mandatów.

Decydujący o awansie okazał się ostatni mecz rundy jesiennej, czyli przeniesiony z 12 kolejki na 16 listopada mecz z Pasjonatem Dankowice.

- Dla nas był to wtedy "tylko" mecz o awans na pozycję lidera - wyjaśnia Andrzej Puchała. - Pasjonat był drużyną z czołówki. Pozostałe drużyny już zakończyły rundę jesienną więc na przykład zawodnicy LKS-u Bestwiny pojawili się na trybunach w Łące. Pokazaliśmy się z dobrej strony i zwycięstwem 2:0 wywalczyliśmy mistrzostwo półmetka. Nikt wtedy nie myślał, że gol Tomka Zawadzkiego będzie ostatnim w rozgrywkach. Cieszyliśmy się z pierwszego miejsca, a zimą przygotowywaliśmy się do walki o awans. Z wypożyczenia do MRKS wrócili Łukasz Mąka i Piotr Noga. Dołączył też Sebastian Smolarz. Nikt nie przypuszczał, że rozgrywki nie zostaną wznowione. Nastawialiśmy się na ostrą rywalizację i choć cieszymy się z awansu, to jednak trochę nam brakuje tej radości, którą daje zwycięstwo na boisku. Chcieliśmy grać, ale nikt nie przewidział tego co się stało. Gdy dowiedzieliśmy się, że rozważana jest opcja anulowania sezonu, żałowaliśmy włożonego wysiłku. Po decyzji o zakończeniu rozgrywek z awansami i bez spadków zdajemy sobie sprawę, że to opcja zakładająca, żeby było jak najmniej skrzywdzonych. Rozumiemy jednak te zespoły, które zimą też budowały zespoły z myślą o walce o awans.


- Szczerze mówiąc awans trochę nas zaskoczył, bo myśleliśmy sobie, że to będzie nasz cel za rok, gdy już będziemy mieli wyremontowane boisko. Cieszymy się jednak z tego, że wracamy do IV ligi i uważam, że drużyna z doświadczonym Andrzejem Żurem jako liderem szatni oraz Pawłem Zjawińskim i snajperami Tomkiem Zawadzkim, który strzelił 12 goli i Michałem Pruskiem, autorem 10 trafień, pokazała się z dobrej strony. Przed nowym sezonem nie planujemy spektakularnych wzmocnień. Stawiamy na wychowanków i rozmawiamy z władzami miasta o wsparciu na kolejny sezon. Nasi sponsorzy też deklarują pomoc i wszyscy z utęsknieniem czekamy na dzień, w którym znowu drużyny wrócą do gry. Według pierwotnych planów remont boiska ma zostać zakończony do 30 września, ale spokojnie podchodzimy do tego tematu i myślimy, że jeszcze rundę jesienną przyjdzie nam spędzić w Łące. Nawet gdyby nowy sezon miał się rozpocząć w lipcu to będziemy gotowi. Zawodnicy z niecierpliwością czekali na zielone światło do treningów więc do meczów też będą się palić. Myślę, że tegoroczne urlopy będą inne i uda się je pogodzić z przyjemnością gry w IV lidze, bo to nie jest przecież zawodowa klasa rozgrywkowa. Może letnie obozy młodzieżowe - o ile będą - spowodują, że niektórzy nasi zawodnicy, w okresie wakacji, będą mieli dodatkowe obowiązki, ale uważam, że wszystko da się pogodzić - kończy Andrzej Puchała.

źródło: slzpn.pl
foto:
Pszczyńska Fundacja Wspierania i Rozwoju Sportu

FutbolJuraTV